11:02 - dziekanat otwarty dla studentów od 2 min. Pukam ostrożnie i nieśmiało, wchodzę ze swoim podaniem.
Pani Halinka przy 'ladzie dla petentów' ogląda różowe majtochy, które przyniosła jej koleżanka (promocja na bazarze).
Pani Halinka w ogóle nie przejmuje się moją obecnością. Inna pani z dziekanatu pyta, w jakiej sprawie przyszłam. Mówię, że ja do p. Halinki w sprawie mojego podania. p. Halinka: -Nie widzi, że jestem zajęta? (wciąż w dobrym humorze, wciąż wpatrzona w różową bieliznę) ja: -Przepraszam. To mogłabym tylko zostawić podanie? druga pani z dziekanatu: -Ja wezmę.
Wychodzę ostrożnie słysząc rozbawione głosy w tle: -3 pary za piątkę? ... i ta gumka nie obciska pupy?
Dziekanat. Godziny szczytu, kolejki do dziekanatu liczone w kilometrach. W dziekanacie obsługują 3 panie (w tym, załóżmy, p. Halinka). Dwie uwijają się całkiem dziarsko przy petentach. Pani Halinka, mimo że do 'lady', przy której 'obsługuje' niechętnie studentów ma jakieś 7m, siedzi dzielnie przed komputerem racząc ewentualnie zapytać grzecznie 'czego?' zza biurka. Kiedy skruszony i uniżony student wybąka, w jakiej przyszedł sprawie, p. Halinka uczynnie odsyła po nowe podania i znajduje powody, dla których prośby nie można spełnić. Przewija się ok. 10 osób, żadnej nie udało się skłonić p. Halinki, aby wstała zza biurka i podeszła.
W końcu sytuacja urosła do rangi zakładu. Opryskliwość i niedogodności zeszły na dalszy plan. Komu uda się sprawić, aby Halinka do niego podeszła wygrywa fanta (załóżmy optymistycznie, wchodzenie do dziekanatu bez kolejki do końca semestru) - nikomu się nie udało!
Przychodzę do dziekanatu, żeby złożyć formularz z wyborem promotora i tematyki pracy. Wyjeżdżam na wymianę do Australii, semestr zaczyna się w lipcu, więc nie będzie mnie do grudnia, chciałam to załatwić przed wyjazdem, bo po powrocie będzie już za późno (trzeba go złożyć do końca października) Pani w dziekanacie do mnie "po co mi to teraz?" to jej wytłumaczyłam dlaczego teraz a nie później, ona do mnie "Ja nie mam co teraz z tym zrobić, niech ktoś to za panią przyniesie w październiku" :/
Mam wybitnego pecha do spotykania na swojej drodze takich pan Halinek. Załatwianie czegokolwiek jest dla mnie udręką. Ale hitem była pewna sytuacja w sklepie, gdy stałam już przy kasie, płacąc za zakupy i uśmiechnęłam się do kasjerki. Ona na to: A co się pani tak do mnie uśmiecha?? ... :)